Jak ogarnąć obiady

Lato powoli zbliża się do końca, kończą się wakacje, urlopy, wyjazdy i inne „przeluźnienia” w domu. U nas chwilowo na straży tylko jedno dziecko, więc jak co roku zastanawiam się czy… dla jednego dziecka opłaca się gotować… 🙂 . Trochę żartuję oczywiście (i przepraszam mamy jedynaków 🙂 ). Ten czas przypomina mi także, że najtrudniej jest właśnie z… jednym dzieckiem – z wyjątkiem ilości jedzenia, które trzeba kupić, przynieść i ugotować. Tu mamy wakacyjny luz…

Ale nie o jedynakach chcę dzisiaj pisać, a właśnie o gotowaniu, a jeszcze bardziej o organizowaniu się z „wyżywieniem” całej familii. Czy nas w domu troje, czworo , czy – jak w moim przypadku – siedmioro, trzeba podejść do tematu w przemyślany i zorganizowany sposób i wypracować sobie … własny, najlepiej dopasowany do naszej rodziny system. Inaczej codziennie będziemy myśleć co dzisiaj na obiad, biegać do sklepu, marnować resztki, itd. I ogólnie cały czas “gotowanie będzie siedziało nam na głowie”. Chyba, że ten temat ogarnia u Was mąż… U mnie w 80% zajmuję się tym ja, ale z roku na rok, coraz bardziej angażuję dzieci. Niestety – z racji naszych grafików – to zaangażowanie ogranicza się w praktyce do weekendu, dlatego najwięcej w kuchni dzieje się właśnie w soboty i niedziele.

Nowy rok szkolny to nowy grafik w domu i bardzo dobry moment na zmiany w naszym „systemie żywieniowym”. U mnie w tym roku też szykują się większe ruchy  w tygodniowym grafiku, więc z konkretami muszę jeszcze zaczekać, ale póki co wiem, że „szkielet” pozostanie taki sam.

Pierwsza sprawa to rozpisanie sobie posiłków w tygodniu – ich liczby i pory dnia. Co innego, kiedy wszyscy w tygodniu obiady jemy poza domem (w szkole czy w pracy), a co innego jeśli codziennie w domu powinien być obiad. U mnie nawet kiedy dzieci miały obiad w szkole ( ok. 12 .00) to i tak do domu wracały głodne i ok. 16.00 (przed wyjściem na trening) jadły drugi…. Generalnie większość z nas je obiady w domu, więc muszę to zorganizować na każdy dzień tygodnia.

Druga sprawa to wypracowanie jakiegoś schematu. Schematy są oczywiście różne, bo różne rodziny mają obsłużyć. Muszą przecież uwzględniać nasz dzień pracy, pory powrotów do domu, inne zajęcia (jeśli w poniedziałki wieczorem chodzę na “fitness” to raczej nie planuję gotowania obiadu na wtorek, itd) . Powinny też brać pod uwagę jakieś urozmaicenia dietetyczne, gusty naszych domowników i rozwijanie tych gustów (dlatego u mnie zwykle nowości pojawiają się na stole w soboty. Dzieci zmęczone, poganiane i śpieszące się raczej niechętnie próbują nowe smaki, a w sobotę obiad może trwać długo…) .

A oto przykład schematu, który u mnie sprawdza się już od kilku lat:

Niedziela – to obiad podwójny, czyli gotuję tyle, żeby zostało na poniedziałek. Na niedzielny obiad wybieram zwykle to, co najbardziej pracochłonne. Rzeczy proste i szybkie królują w dni powszednie. Czasami niedzielny obiad zaczynam już w sobotę – jeśli akurat taka wolna sobota się zdarzy. Jeśli nie – to w niedzielę z samego rana – jeszcze przed śniadaniem, żeby potem całej niedzieli nie spędzić w kuchni. Do różnych zadań wołam różnych domowników. A ponieważ najczęściej towarzyszy mi w tym kawa, to już niektórzy nauczyli się pić kawę… taki niestety skutek uboczny..

Poniedziałek – tylko odgrzewanie i na przykład jakaś szybka surówka, ewentualnie wieczorem gotowanie zupy na wtorek.

Wtorek – obiad bezmięsny, na przykład zupa i coś mącznego (naleśniki, leniwe, makaron, itd.).

Środa – coś mięsnego na 2 dni (łatwego do odgrzania), czyli różne gulasze, mielone, do tego kasze, ryż, itp.

Czwartek – tylko odgrzewanie.

Piątek – ryby lub inne bezmięsne.

Sobota – to dzień kuchenny . W soboty mamy różne wersje obiadowe w zależności od planów weekendowych, na przykład:

  1. coś szybkiego, bo sprzątamy ogród, jedziemy na rowery, itd.,
  2. eksperymenty kulinarne – najczęściej z dziećmi,
  3. rzeczy, które „nie lubią czekać” i nie nadają się do podgrzewania, typu risotto….

Oprócz tego w sobotę szukam ochotnika, który upiecze/przygotuje deser na niedzielę i ewentualnie drugiego ochotnika, który upiecze „coś do szkoły” typu herbatniki, ciasteczka – jakieś w miarę zdrowe przekąski, które razem z kanapkami wędrują do śniadaniówek.

Sobota to dla mnie właśnie czas rodzinny w kuchni. Bardzo to lubię, ale pod warunkiem, że …. nie robię w tym dniu zakupów. Do południa dzieci odrabiają lekcje, a ja sączę kawę i czytam (albo przeglądam książki kucharskie) . To jest dla mnie konieczny reset po całotygodniowej gonitwie…. ŻADNYCH ZAKUPÓW! No chyba że w wyniku przeglądu książek kucharskich zmienią się plany i okaże się, że trzeba kupić kilka rzeczy – wtedy wysyłam do sklepu kogoś z domowników…

Dlatego większe zakupy robię w piątki (rano supermarket, po południu produkty świeże, czyli mięso, warzywa, owoce itd.), ewentualnie supermarket w inny dzień i/lub zakupy przez internet. Więcej na temat zakupów spożywczych znajdziecie we wpisie o zakupach – tutaj. Z tego wszystkiego wynika, że menu mniej więcej tygodniowe muszę przemyśleć w czwartek. To jest największa trudność 🙂 i to jest ten moment, który wymaga wysiłku i dyscypliny, potem już z górki….

2 Komentarze

Dodaj komentarz